ser jabłeczny - prababcia zna recycle, reuse, reduce

Prababcia miała ponoć specjalne blaszki do robienia serków.
Serki owocowe pokazują racjonalne gospodarowanie w praktyce. W typowym ziemiańskim domu sto lub dwieście lat temu spiżarka zawsze miała pewien naddatek dóbr, co nie oznacza, że cokolwiek miało się zmarnować. Z najpiękniejszych owoców powstawały konfitury i owoc kandyzowany, z reszty- dżemy, powidła, soki. Pod koniec lata wszystko to było już zabezpieczone w słoikach. W trakcie zimy zaś nadchodził ten moment, gdy można było już oszacować, ile jeszcze słoików jest potrzebne, zanim będzie nowy sezon na owoce. Kobiety segregowały półki z dżemami i decydowały: tyle zostawiamy, reszta to nadmiar.
I nadmiar ten wędrował do kuchni, na wielką patelnię do przetworów. Taka mosiężna patelnia o grubym dnie to skarb- pomaga naraz smażyć dużą ilość dżemu. Wykładało się zatem ileś słoików na jedną patelnię i cierpliwie mieszając by nie przywarło, podsmażało na maleńkim ogniu, by odparować nadmiar wody oraz by resztki struktury owoca się rozpadły. Następnie wykładało się na niewysokie blaszki i zostawiało na dłuższy czas do podsuszenia. W domu z tradycyjną kuchnią taka blaszka mogła stanąć na piecu kaflowym czy, jak u prababci Wandy, w wygaszonym piecu chlebowym. Ważne, by wykorzystać zimowe źródło ogrzewania- moja mama kontynuująca tradycję w bloku, stawia blaszki na kaloryferze, a gdy trochę podeschną, na najwyższym regale, by cyrkulacja ciepłego powietrza ku górze dopełniła reszty.

Jak głosi prababcina książka kucharska, "ser jabłeczny jest właściwie bardzo wysmażoną marmeladą. Sery takie, leżąc miesiącami, stają się coraz smaczniejsze". Dobrze obsuszony produkt można pokroić w kostkę i przechowywać praktycznie w nieskończoność. Minimalna ilość wody oraz bardzo wysokie stężenie naturalnych cukrów sprawiają, że produkt jest trwały. A jaki pyszny!
Przejdźmy jednak z prababcinego "zróbmy za dużo dżemów z naszego zasobnego sadu, a potem zadbajmy, by nadwyżkę przemienić w pyszną przekąskę" do mojej praktyki jednoosobowego gospodarstwa. Przy okazji odetchniecie pewnie, bo jednak ta dawna wersja była wściekle słodkim smakołykiem- w końcu zawierała cukier dosypany do wszystkich tych słoików dżemów, z których uzyskano kostkę marmoladki. Przy okazji proporcje: sto gram serków powstanie z obsuszenia 650-900 gramów dżemu (oczywiście wiele zależy od jego wilgotności i tego, jak mocno obsuszymy serki).
Samodzielne ogarnianie gospodarstwa sprawia, że środek lata i wczesną jesień, gdy pojawia się wiele plonów naraz, należy bardzo dobrze rozplanować. Jeśli w jednym roku plonują obficie zarówno śliwy i ałycze (popularnie zwane mirabelkami) jak jabłonie, nie wiadomo, w co ręce wsadzić. I tak, jak pomidory czy nadwyżkowe cukinie często tylko szybko zduszam, blenduję i wrzucam w słoiki (doprawione zupy i sosy będę z nich robić zimą), tak samo traktuję owoce. Najszybszy sposób przerobu takiego nawału owoców to spuszczenie z nich soku w sokowniku. W sokownik wrzucam całe owoce pestkowe albo jabłka czy pigwy pokrojone na ćwiartki. Praca sokownika powoduje rozpadnięcie się owoców na pulpę. Można długo spuszczać sok, a na mocno już "wyeksploatowanej" pulpie ewentualnie lichy ocet zrobić. Ale można też spuścić troszkę soku i skorzystać z tego tylko, że owoce się rozpadły. Ja używam sita lub przecieraka by usunąć pestki/gniazda nasienne. Potem już tylko parę ruchów blenderem jeśli trzeba, załadowanie do słoików i szybkie przepasteryzowanie.
Jeśli jeszcze gorące lato, robimy to na kuchni letniej, by nie grzać domu. Gdy przerabiamy jesienne jabłka, stanie nad kuchenką pomaga dogrzać chłodny wieczorami budynek.

I tu historia mogłaby się kończyć. Zamiast dżemów na kanapki mamy w słoikach wodnisty, niczym nie dosłodzony mus, ale poświęciliśmy całej akcji dużo mniej cennego w sezonie czasu. Co teraz?
Nic.
Słoiki stoją w spiżarce, aż duch prababci Wandy przysiądzie ci na ramieniu w środku zimy i szepnie: ciemno, zimno, na dworze nie popracujesz. Ale możesz wyłożyć mus na patelnię, a potem na górę pieca kaflowego.
Nie masz pieca kaflowego? Do czego to doszło... Nic nic, postaw choćby i na kaloryferze, a będzie zacna przekąska gdy za oknem ziąb.
Tak łączę permakulturowe optymalizowanie procesów ze słuchaniem przodków. Efekt jest smaczny, zdrowy, wymagające małego nakładu energii, pozwalający przerzucić część roboty z sezonu poza sezon. A i preppersko efektywny, bo żelazna rezerwa marmoladek może leżeć latami i nadal nadawać się do zjedzenia ze smakiem. Oczywiście, takie kilkuletnie serki robią się twardsze i należy je powoli żuć jak spopularyzowane przez westerny suszone paski bizoniego mięsa.







