ADHD a równik

Jeden z najbardziej kojących epizodów w życiu to dwa miesiące u bidnych i szczęśliwych krejzoli z @fincadelsoul w Ekwadorze. Nie to, że nie było cieni, nie dalej jak wczoraj dyskutowaliśmy z @MuratSoy, co mnie stamtąd wywaliło. Ale ja o rytmie pracy, bo mi ta roleczka poruszyła.
Normalnie gospodarze przyjmujący ludzi w modelu #workaway dają nocleg, wyżywienie i możliwość poznania ich stylu życia i technik, w zamian za pięć godzin dziennie pracy przez pięć dni w tygodniu. Jako że chłopaki mają dosyć młody projekt zalesiania polany w dżungli food forestem, to jeszcze się nie doczekali wystarczającej ilości owoców, by zawsze móc wolontariuszy wyżywić. Zrzucaliśmy się na ryż, fasolę itepe z obwoźnej ciężarówki. A Brian nie oczekiwał więcej niż półtorej godzinki dziennie wkładu w farmę. I jako że jest totalnym hipisem, nie lubił wyznaczać zakresu zadań. Równikowy rytm życia nie skłania do planowania- dzień trwa od szóstej do osiemnastej, noc odwrotnie. Co któryś dzień pada- dużo albo trochę, ale potem obsycha. Banany rosną na okrągło i gdy jakaś kiść jest gotowa do zbioru, ścina się ją i przy okazji przenosi czubek starego drzewka jako sadzonkę w nowe miejsce. A kiedy się idzie szukać dojrzałych bananów? Ano kiedy się skończą poprzednie...
Brian zapraszał do wspólnej pracy (po świcie idę na tamto wzgórze maczetować inwazyjną trawę, kto chce, dołącza) i sugerował fronty robót (za dwa tygodnie ma przyjechać parę osób więcej - myślałem by spróbować może sklecić dodatkowy stołeczek i może wyrzeźbić ze dwie miski więcej zwłaszcza że tykwowy owoc jest już dojrzały). Ale w odróżnieniu od zachodniego hustle hustle, jeśli stołeczek nie powstał, to się po prostu w dzień przyjazdu nowych brało worki po ryżu i napełniało suchą trawą by uzyskać szybkie poduchy do siedzenia.
Myślę, że to dzięki temu brakowi presji na efekt mogło się zadziać cudowne rozprężenie. Bo i owszem, "szedłem ze ściereczką od kurzu i otwierałem tę szufladę na skarpetki". Możliwość napoczynania i porzucania w trakcie nadawała dniowi lekkości. I jasne, że pracowałem więcej niż 1,5h. Bo chciałem. Choćby się nauczyć suszenio-fermentowania kakao czy dłubania stolarki w bambusie. I choć niektóre działania porzucałem na wiele dni, i choć bywały dni, w które napoczynałem szczególnie dużo nie kończąc, to ogólny bilans efektywności mimo równikowego żaru był zachwycający.
Bo gdy mogę (wracając z chaty gdzie poszedłem poszukać gwoździa by poprawić zadaszenie nad suszarnią plantanów) (co rzuciło mi się w oczy, bo postanowiłem poobracać owoce na drugą stronę gdy zaszedłem do suszarni z dostawą nasion kakaowca) (na rozdrożu zastać wiadro na wodę profilaktycznie postawione obok wbitej w ziemię maczety, którą chciałem pamiętać że mam zanieść pod to drzewko do podkrzesania) (przypomnieć sobie, że rzeczywiście, miałem podlać te nowe sadzonki tam daleko) (i zabrać w jedną rękę wiadro, a w drugą maczetę, bo po drodze do sadzonek będzie taki bananowiec, co mi się rzucił ostatnio w oczy do zbioru), to, no cóż, strumień energii do działania nie jest niczym szczególnie tamowany. A mnogość napoczętych zadań, cóż, karmi dopaminą lepiej niż feed na Instagramie.
Trudno to zrealizować mając pracę, deadliny, rodzinę, rozkłady jazdy autobusów itepe- tyle obstakli zachodniego stylu życia.
Myślę więc sobie o pastuszku na halach. O babce zielarce pod lasem. W naszych szerokościach też mamy dostęp do archetypów nie tłumiących naturalnego geniuszu adehadowców
*Jako że linki do fejsbuka często tracą moc (coś tam o odświeżaniu), daję znać, że nawiązuję do filmiku Agnieszki Miodowskiej, który zaczyna słowami: nigdy, przenigdy nie otwieraj szafki na kosmetyki gdy trzymasz w ręku szmatkę do kurzu. I w którym pokazuje, jak uwaga adehadowca przeskakuje z zadania na zadanie)







