Jak dobrze, że moje dzieciństwo przypadło na bidny peerel. Że rower był po dziecku sąsiada albo współdzielony z bratem. W sumie mam takie wspomnienie, że w różnych momentach towarzyszyły mi różne środki dziecięcej lokomocji. Znaczy zawsze coś tam było - jak nie miałom roweru, to może wrotki. Jak nie wrotki, to deskorolkę (albo, jak się wtedy na nią mówiło, roldeskę 👀). I na tym czymś się człowiek szlajał popołudniami po blokowisku. Rowerem było fajnie szaleć po wertepach pomiędzy blokami w budowie.
Co by było, gdyby rodzice byli dziani i zapewnili "rower dla dziewczynki"? Swoją drogą, niech mi ktoś mądry powie, czemu mają służyć powiewające frędzle zwisające z obu stron kierownicy? Obserwuję, że wchodzą zazwyczaj w zestaw roweru w wersji dziewczęcej. Wraz z różem i fioletem, no ale to oczywiste.
Mnie się zdaje, że różowym rowerem z frędzlami jeździ się inaczej niż niebieskim z błyskawicą supermana. Jakoś podwórkowe babcie inaczej patrzą gdy chcesz zaszaleć a mama bardziej narzeka gdy ubłocisz. A w końcu większa część dziecięcej radości rowerowej to były te jazdy bez trzymanki, na stojaka na siodełku, z koleżeństwem na bagażniku.
W rowerach moich i rodzeństwa nie było ani grama płci. Było za to dużo dziecięcej radości z ruchu na świeżym powietrzu. Wiele z trudu "lewackich aktywiszczy dążących do pogrążenia rodziny" idzie na zmniejszenie ciężaru binarnego podziału. Mówiąc w skrócie, chodzi po prostu o uwolnienie rowerów od płci. Wtedy żyje się lżej.
Bo gdy jakaś osoba chce przywiesić do swojego cekinki albo nalepkę Artemis II, to przecież może. Grunt, by nie musieć.

Dojazd do gospodarstwa
Skontaktuj się jeśli chcesz przyjechać i kupić moje produkty.
© 2021-2025 Chaszcze Gospodarstwo Permakulturowe. Strona zbudowana w Najszybsza.pl
